Przez bezkresne łąki i lasy, czyli zahaczyć o Kurpie

Tytułowe Kurpie to niezwykła kraina niezwykłych ludzi… a przy okazji świetny cel nieco dłuższej eskapady rowerowej. Puste i gładkie asfalty już na was czekają.

Kurpie stanowią region rozciągający się na północno-wschodnich krańcach Mazowsza, a zatem całkiem daleko od Warszawy. Ale spokojne. Zgodnie z tytułem trasę tę zaplanowałem tak, że pokonamy tylko 200 km. Tyle jednak spokojnie wystarczy, by móc powiedzieć, że nieco żeśmy te Kurpie poznali.

Kierunek wschód

Zanim je jednak poznamy, trzeba przepedałować około 80 km. Odcinek ten poprowadziłem głównie lokalnymi i spokojnymi asfaltami, by nieco wprowadziły nas w kurpiowski nastrój.

Początek trasy jest dość podobny jak w mojej propozycji dotyczącej wschodnich równin, ale – żeby nie było nudno – zaproponowałem kilka drobnych modyfikacji. Po pierwsze, wyjazd z Warszawy w kierunku Jeziora Zegrzyńskiego poprowadziłem nie przez rejony przemysłowe, ale znacznie spokojniejsze, willowe okolice Choszczówki. Jedyne, co nas może tu wyprowadzić z równowagi (dosłownie i w przenośni), to jebutne progi zwalniające rozstawione w irracjonalnie małych odstępach.

Druga modyfikacja pojawia się tuż za Nieporętem. Zamiast jechać na północ ku Ryni, tym razem sugeruję kierować się ku Radzyminowi. Jadąc świeżo wyremontowanym asfaltem przez gęsty las po prawej stronie naszym oczom w pewnym momencie ukażą się złowrogie betonowe konstrukcje. Oto Fort Beniaminów. Obiekt o tyle ciekawy, że… nigdy nie ukończony. Jego budowa ruszyła jeszcze za czasów cara, ostatecznie prace jednak zarzucono w 1909 roku, mając świadomość, że w erze postępu technologicznego w zakresie wojskowości tego typu obiekty nie mają już racji bytu.

Tak oto wjechaliśmy w regiony, gdzie nie czuje się już szczególnie mocno bliskości wielkiego miasta. Sunąc wzdłuż Bugu, mijać będziemy małe wsie, sielskie łąki ze sporą liczbą bocianów (no chyba, że jest akurat zima) i od czasu do czasu jakiś zagajniczek. Na trasie szczególnie warto zwrócić uwagę na Kuligów, gdzie roztacza się piękny widok na Bug (trzeba w tym celu kawałeczek zjechać z szosy w lewo), a nawet uświadczymy prywatny skansen.

Z tych sielskich nastrojów nieco wytrąci nas ekspresówka S8 na Białystok. Możemy jechać serwisówką równolegle do niej niemal aż do Wyszkowa, a możemy też nieco odbić do dwóch miłych letniskowych wsi – najpierw do Mostówki (słynącej choćby z jednych z piękniejszych mazowieckich wrzosowisk), a następnie do nadbużańskiego Rybienka Leśnego. Niby nie ma tam nic ciekawego, ale jest po prostu ładnie.

Proszę Państwa, oto Kurpie!

Sam Bug przekraczamy w Wyszkowie. Niby jest to ważne w okolicy miasto powiatowe, a jednak nie uświadczymy w nim nic ciekawego. Nie dziwota, skoro miejscowość ta była ofiarą chyba każdej możliwej wojennej zawieruchy, jaka przetaczała się przez te tereny. Dla nas miasto to ma jednak o tyle znaczenie, że stanowi symboliczną bramę wjazdową na Kurpie.

Oczywiście niektórych z Was może dziwić, że region ten zaczyna się już tu. Powszechnie termin Kurpie/Kurpiowszczyzna jest bowiem kojarzony raczej z terenami na północ od Ostrołęki, a więc ładny kawałek dalej. Będąc precyzyjnym, te dalsze Kurpie zwane są Zielonymi (od Puszczy Zielonej), zaś te, które my zwiedzimy, to Kurpie Białe (od – cóż za niespodzianka – Puszczy Białej). Te Zielone są dlatego bardziej kojarzone z Kurpiami choćby dlatego, że lud ten najpierw zamieszkiwał właśnie te ziemie, a ponadto do dzisiejszych czasów zachowało się tam znacznie więcej kurpiowskiego dziedzictwa kulturowego.

Region to wyjątkowy, a ludność – jeszcze bardziej. Kurpie zasiedlili bowiem tereny o bardzo marnej żyzności – głównie to piaszczyste sandry albo bagna. Plus tego był taki, że w zamian uzyskali od ówczesnych królów czy biskupów zwolnienia z licznych powinności. W pańszczyźnianej Polsce lud był to zatem względnie wolny. Ceną za tę wolność była jednak konieczność gospodarowania na mało urodzajnych glebach. Ale twardość charakteru Kurpiów sprawiła, że całkiem dobrze się do tych okoliczności przystosowali. Swą twardość nie raz udowodnili też w różnych zrywach, wojnach i powstaniach, zyskując miano niezwykle walecznych bojowników o wolność, którzy nie mają w swoim słowniku wyrazu „defensywa”. Nie powinny Was zatem dziwić mijane na tej trasie liczne pomniki upamiętniający powstańcze bitwy.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił jeszcze jednej krajoznawczej dygresji. Otóż z Kurpiami jest trochę jak z… Eskimosami. To znaczy nazwa ludu została im nadana przez obcych. Słowo to pochodzi bowiem od noszonych przez miejscową ludność butów (kurpsi) wyrabianych z lipowego łyka. Kurpie sami o sobie mówią zaś Puszczaki.

Ale wracajmy do kurpiowskiego pedałowania!

Jednym z przyjemniejszych kurpiowskich przystanków na trasie jest wieś Brańszczyk. Z pewnością warto tam zjechać nieco w bok nad urokliwy brzeg Bugu, a także zwrócić uwagę na całkiem liczne klimatyczne i stare drewniane chałupy.

Za Brańszczykiem czeka nas relatywnie długi jak na Mazowsze odcinek leśny. Oto, proszę Państwa, wspomniana wcześniej Puszcza Biała w całej okazałości. Ale, szczerze mówiąc, cóż to za okazałość, skoro to zwykły las gospodarczy? Jednak biorąc pod uwagę losy innych mazowieckich puszcz, po których do dziś pozostały jeno nazwy na pożółkłych mapach, trzeba się cieszyć, że chociaż tyle się do naszych czasów ostało.

Przejazd przez Puszczę Białą

Opuszczając długą drogę przez Puszczę Białą, polecam przed Rząśnikiem skręcić kilkaset metrów na północ (jak pokazuje mapa poniżej). Czeka nas wprawdzie krótka jazda po drodze gruntowej, ale – uwierzcie mi – warto! Gdy wyjedziemy z zagajnika, naszym oczom ukaże się miejsce zwane Pulwy (w lokalnej gwarze słowo to oznacza po prostu bagno).

Widok na Pulwy

Oto przed nami płaski jak deska podmokły teren, gdzie na powierzchni aż 60 kilometrów kwadratowych rozpościerają się bezkresne wilgotne łąki. Znawcą awifauny nie jestem, ale ponoć miejsce to jest ubóstwiane przez miłośników obserwacji ptaków. Tak czy inaczej nawet laik powinien uznać, że warto się tu choćby przez kilka sekund pozachwycać widokiem.

Nad bezkresne nadnarwiańskie łąki powrócimy kilka kilometrów dalej, mijając wspomniany Rząśnik. Choć szczególnych atrakcji tu nie uświadczymy, miejsce jest po prostu piękne, a rozchodzące się we wszystkie strony świata lokalne i gładkie asfalty wręcz zachęcają do rowerowych eksploracji!

Kolejny cudny krajobrazowo punkt to okolice wsi Popowo, tuż obok skrzyżowania z drogą krajową nr 62. Z pewnością warto tu przybyć w pogodny dzień wieczorem lub rano, gdy słońce nie świeci prosto z południa. Jeśli bowiem porządnie wytężymy wzrok, naszym oczom ukaże się panorama warszawskich drapaczy chmur! Ten sam widok powtórzy się zresztą w jeszcze bardziej malowniczych okolicznościach, gdy przeprawiać będziemy się przez Narew w okolicach Serocka. Niestety, most zbudowano tak, że ciężko się tam zatrzymać, by zrobić dobrą fotę.

Dodajmy, że ten fragment trasy możemy pokonać albo drogą krótszą, czyli DK62 (najdłuższym prostym odcinkiem drogi w Polsce), albo wioskowymi lokalnymi asfaltami wzdłuż Bugu (jak na mapie poniżej). W tym drugim scenariuszu czeka nas około kilometrowy odcinek po drodze gruntowej, jednak dość przyzwoitej jakości.

Powrót w tłumie

Następny przystanek to Serock. Jeśli ktoś tam jeszcze nie był, gorąco polecam nieco zboczyć z trasy, by zajechać na tamtejszy klimatyczny rynek. Tam warto chociażby pójść za miejscowy kościół, by zobaczyć piękną panoramę ujścia Bugu do Narwi, a także posilić się w miejscowej cukierni. Ale uwaga! W letnie weekendy robią się tam potężne tłumy!

Widok na ujście Bugu do Narwi w Serocku

Tłumy z dużym prawdopodobieństwem uświadczymy także po ponownym przekroczeniu Narwi, w Zegrzu. Nie są tu wcale rzadkością kilometrowej długości korki, w których cierpliwie stoją warszawiacy rządni kąpieli wodnych i słonecznych w Jeziorze Zegrzyńskim (off-topic: zgodnie z urzędową nomenklaturą to jest właśnie oficjalna nazwa tego zbiornika, a nie znacznie częściej stosowany „Zalew Zegrzyński”). Dla cyklistów nie są one jednak szczególnym problemem, bo możemy je łatwo ominąć równym i wygodnym poboczem.

No i teraz prosto do Warszawy! Żeby urozmaicić sobie powrót, tym razem zachęcam do skorzystania z dość nowej asfaltowej ścieżki, bodaj najpiękniejszej na całym Mazowszu, bo biegnącej wzdłuż Kanału Żerańskiego. Co ciekawe, wybudowanie tego obiektu łączącego Narew z Wisłą (kanału, nie ścieżki) planowano już do wieków, jednak cel udało się osiągnąć dopiero po II wojnie światowej.

Niestety – jak to często w Polsce bywa – ścieżka kończy się brutalnie na granicy Warszawy i dalej jest tylko piach (w planach stołecznego ratusza jest jednak budowa jej kontynuacji). My zatem opuszczamy kanał, wjeżdżamy na szare białołęckie asfalty i tak docieramy to punktu wyjścia, czyli Mostu Północnego… tj. Skłodowskiej-Curie.

Wujek dobra rada

  • Na trasie dominują spokojne asfalty o bardzo niewielkim natężeniu ruchu. Wyjątki to przeprawa przez Bug w Wyszkowie oraz przez Narew w Serocku i Zegrzu (w tym drugim przypadku możemy jednak skorzystać z biegnącej równolegle niezbyt komfortowej ścieżki rowerowej).
  • Jakość asfaltów generalnie dobra lub bardzo dobra. Moim zdaniem nie ma powodów do narzekań.
  • Na trasie pojawia się kilka luk w zaopatrzeniu, m.in. na odcinkach Brańszczyk–Rząśnik oraz Rząśnik–Serock. Miłośnicy posiłków na stacjach benzynowych odnajdą te przybytki tuż przed Wyszkowem, w Serocku, za Zegrzem oraz w Nieporęcie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.