Na Grunwald! I jeszcze wyżej!

W poprzednim wpisie zaproponowałem wjazd rowerem na najwyższą górę Nizin Środkowopolskich. Ktoś jednak zapewne zwróci uwagę, że to przecież sztucznie usypane wzniesienie. Dlatego tym razem zapraszam na rowerową podróż w przeciwnym kierunku – na miejsce wielkiej bitwy i pobliski szczyt wielkiej moreny.

Będzie to całkiem dobra trasa dla kogoś, kto chce się oswoić z dłuższymi dystansami. Niemal cały czas biegnie bowiem w pobliżu linii kolejowej Warszawa – Gdańsk. Jeśli zatem z kogoś ujdzie para, to nie ma problemu, bo stosunkowo szybko może powrócić na szynach do stolicy. Przy okazji zaliczymy także kilka ciekawych miejsc (zarówno historycznych i przyrodniczych) oraz podjedziemy pod parę hopek.

Mazowieckim szlakiem

Całkiem sielsko robi się już za Modlinem, gdzie najpierw wąską dróżką będziemy sunąć wzdłuż ujścia Wkry, by następnie w Pomiechówku podjechać blisko 30 metrów na Wysoczyznę Ciechanowską. Do Nasielska dojedziemy pięknym i równym asfaltem. Za tym miasteczkiem rozpoczyna się natomiast jeden z moich ulubionych szosowych odcinków na północnym Mazowszu. Równa droga prowadzi tu po całkiem urokliwych pagóreczkach – ani się nie obejrzymy, a znajdziemy się 50 metrów wyżej niż wspomniany Nasielsk.

Po tym pagórkowatym wstępie szybko jednak wrócimy na mazowiecki równiny i tak dotrzemy do Ciechanowa. To całkiem przyjemne miasto znajduje się akurat około „stówkę” od startu naszej trasy. Tutejszy rynek wydaje się zatem idealnym miejscem na krótką pauzę. Choćby na chwilę warto także przystanąć przy całkiem dobrze zachowanych ruinach tutejszego zamku wzniesionego nad brzegiem rzeki Łydyni na przełomie XIV i XV wieku. Obiekt ten stanowi niezbity dowód tego, że swego czasu Ciechanów był jednym z najważniejszych miast Mazowsza.

fot. Hubert Śmietanka/Wikipedia

Opuszczając Ciechanów, wjeżdżamy na Wzniesienia Mławska. Z kolarskiego punktu widzenia region jest o tyle ciekawy, że oferuje bodaj największe pagórki na Mazowszu. Choćby z tego względu będzie to temat na przynajmniej jeden odrębny wpis na tym blogu! Tym bardziej, że na tej trasie, niestety, ominiemy najciekawsze lokalne podjazdy.

Kolejny dogodny punkt na pauzę to Mława i tutejszy rynek. Niestety, mimo odpicowania miejsce to jakoś szczególnie nie zachwyca swoim „starówkowym” klimatem. Ale nie ma co się dziwić. Wszak miasto było wielokrotnie niszczone podczas kolejnych wojen. Najnowsze blizny pochodzą z II wojny światowej. To właśnie ten region był areną pierwszych walk we wrześniu 1939 r. Bo trzeba wiedzieć, że Mława była wówczas miastem przygranicznym. Pierwsze uderzenie wojsk niemieckich atakujących z terenu Prus Wschodnich skierowane było więc właśnie na to miasto.

Do góry na Mazury

Poniemiecką historią mocniej powieje w kolejnym mieście na trasie, czyli Działdowie. Naszą uwagę z pewnością przykują znajdujące się tuż przy drodze ruiny krzyżackiego zamku wzniesionego jeszcze w XIV wieku. Można tu także na chwilę przystanąć na całkiem klimatycznym ryneczku, który zachował swój historyczny charakter zabudowy.

fot. Adam_Nowakowski/Wikipedia

Kilka kilometrów za Działdowem przekroczymy rzeczkę Szkotawa. Sam ciek nie jest szczególnie ciekawy, interesujące jest natomiast to, że w okresie międzywojennym to właśnie tędy przebiegała granica między Rzeczpospolitą a Niemcami. Baczni obserwatorzy dostrzegą, że od tego momentu charakter zabudowy wyraźnie się zmieni.

Kolejne graniczne miejsce to wieś Szkotowo. To właśnie przez tę miejscowość biegnie granica między terenami staro- i młodoglacjalnymi. Widać to zresztą gołym okiem, bo tuż za wsią natrafimy na pierwsze jezioro na naszej trasie. Pod kołami zrobi się ponadto dość pagórkowato.

Po kilkunastu kilometrach docieramy do tytułowego celu naszej podróży, czyli pól bitwy pod Grunwaldem. Co tu się stało 15 lipca 1410 roku, chyba nikomu wyjaśniać nie trzeba. Warto natomiast wspomnieć, że Niemcy nazywają to starcie „pierwszą bitwą pod Tannenbergiem”. Bo stoczyli tu również drugą bitwę, tyle że w 1914 i tym razem zwycięską.

fot. Łukasz Niemiec/Wikipedia

Same pola Grunwaldzkie nadają się na cyknięcie kilku foci. Nie zagrzewajmy tu jednak zbyt długo miejsca, by mięśnie się nie wychłodziły. Oto bowiem przed nami największy wysiłek całej trasy.

Za miejscowością Marwałd rozpocznie się kilkukilometrowa wspinaczka na Dylewską Górę – łącznie około 140 metrów podjazdu! Szczyt wznosi się 312 metrów nad poziomem morza, co czyni go drugim co do wysokości naturalnym wzgórzem na polskich nizinach (rekord należy do kaszubskiej Wieżycy, która jest o 17 metrów wyższa). Geneza tej formy rzeźby jest całkiem ciekawa. Oto bowiem podczas ostatniego zlodowacenia lądolód zatrzymał się w tym miejscu w tak nietypowy sposób, że rejon Dylewskiej Góry nie został pokryty przez lód, jego masy wycisnęły jednak swoim ciężarem owo wzgórze.

Na szczycie warto kawałek zjechać z asfaltu, by wspiąć się na wieżę widokową – jak na niziny, widok stąd jest imponujący. Podziwiając landszaft, warto się zastanowić, co dalej ze sobą począć. Jeśli mamy parę w nogach, sugeruję jechać dalej zgodnie z poniższym opisem. Jeśli natomiast czujemy się zmęczeni, możemy dotoczyć się do pobliskiej Iławy, skąd często kursujące „pośpiechy” zabiorą nas wprost do stolicy.

Zurück na Mazowsze

Z oczywistych względów za Dylewską Górą czeka nas bardzo przyjemny i długi (jak na nizinę) zjazd. Zjeżdżając do Lubawy znów przekroczymy dawną granicę polsko-niemiecką. Miasto to w okresie międzywojennym należało bowiem do Polski. Tutejszy ryneczek – choć niestety niespecjalnie grzeszy urodą – jest kolejnym dobrym punktem na pauzę i aprowizację. Miłośnicy zabytków niech zwrócą uwagę, na górujący nad miastem kościół z XIV wieku czy pozostałości zamku biskupów chełmińskich. Co ciekawe, ponoć to właśnie w Lubawie zapadła decyzja o wydrukowaniu przełomowego dzieła Kopernika, czyli „O obrotach ciał niebieskich”.

Znacznie bardziej urokliwe jest kolejne miasto na trasie, czyli Lidzbark (zwany także Welskim w odróżnieniu od Lidzbarka Warmińskiego). Z pewnością warto tu lekko odbić z głównej drogi, by zobaczyć kameralne zabytkowe centrum przycupnięte nad brzegiem Jeziora Lidzbarskiego.

Następna większa miejscowość to Lubowidz. Tuż przed wjazdem do niej definitywnie opuścimy tereny młodoglacjalne. Odbijając na wschód w kierunku mety, będziemy jechać skrajem regionu będącego potentatem w hodowli drobiu oraz świń. Dla miejscowych to z pewnością powód do dumy, ale na pewno nie dla naszych nosów. Niestety, przy niekorzystnym wietrze i wysokiej temperaturze, bywa, że smród panuje tu niesamowity. Szczęśliwie, największe zagęszczenie hodowli jest bliżej Żuromina. Na naszej trasie jeden z większych kurników będzie się znajdować za wsią Kuczbork.

Kawałek dalej powracamy na Wzniesienia Mławskie, co obwieści naszym nogom kilka solidniejszych hopek. I tak oto dotrzemy do „stolicy” regionu, gdzie możemy wsiąść w pociąg powrotny Kolei Mazowieckich do Warszawy. A jeśli komuś mało, to może jeszcze podjechać do Ciechanowa, albo i jeszcze dalej!

Wujek dobra rada

  • Jeśli chodzi o jakość asfaltu, to przyznam się, że trasą tą jechałem ładnych parę lat temu, więc za odcinki mazurskie nie ręczę (wtedy nie zachwycały). Odcinki mazowieckie są za to całkiem przyzwoite.
  • Ruch drogowy na trasie jest generalnie niewielki. Tłoczniej może się zrobić jedynie podczas przejazdu przez Ciechanów oraz Mławę.
  • Punktów zaopatrzenia (w tym stacji benzynowych) nie brakuje, bo co 20-40 km mijamy jakieś miasto, w tym: Ciechanów, Mławę, Nidzicę, Lubawę i Lidzbark.
  • Pociągi z Mławy do Warszawy jeżdżą dość często, choć nie zawsze regularnie. Tradycyjnie radzę więc zawczasu sprawdzić rozkład.

1 myśl na “Na Grunwald! I jeszcze wyżej!”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *